Znacie mnie już nie od dziś, więc wiecie, że czasem lubię
poczytać debiutujących polskich autorów. To taka moja odskocznia od
codzienności, która pozwala mi na odpoczynek od rutyny, którą sobie
wypracowałam. Zazwyczaj jest to taka rosyjska ruletka, po której albo palnę
sobie w łeb, albo znajdę coś wartościowego pośród setek beznadziejnych „dzieł”.
Na moje nieszczęście, częściej płaczę, niż skaczę z radości. „Wyrok nocy” to
kolejna książka, która przystąpiła do mojej ulubionej gry w rosyjską ruletkę.
Czujecie tę adrenalinę i zżerające mnie nerwy, kiedy decydowałam się, aby ją
przeczytać? Jak myślicie, czy tym razem wygrałam los na loterii?
„Wyrok Nocy” z serii „Pętla Czasu” Mateusza Dydyny to
powieść science-fiction.
Franek – główny bohater książki spotyka Anastazję, która
okazuje się być jego przyjaciółką z dzieciństwa, o czym chłopak nie pamięta.
Oboje wybierają się na wspólny spacer, aby powspominać młodzieńcze lata
beztroski.
Podczas snu Franek poznaje inne oblicze Anastazji.
Dziewczyna jest jego przewodniczką po świecie snu. Pragnie pomóc mu wydostać
się z pułapki umysłu. Razem podejmują się próby ucieczki, jednak Franek
popełnia drobny błąd, skazując tym samym duszę Anastazji na wieczną tułaczkę.
Dobro dziewczyny zostaje uwięzione w pułapce bez wyjścia. Zło przejmuje
kontrolę nad jej ciałem i terroryzuje rzeczywistość snu.
Autor zabiera nas w podróż po abstrakcyjnym Wszechświecie,
który rządzi się swoimi prawami. Znaczna część akcji skonstruowana wręcz po
mistrzowsku, toczy się w szaleńczym rytmie znanym z filmów lub gier
komputerowych. Dodając do tego częste, aczkolwiek logiczne przeskoki z jednej
rzeczywistości do drugiej, otrzymujemy doskonały obraz świata, w którym
funkcjonuje bohater. Wyobraźnia autora maluje nieprzeciętnie plastyczne wizerunki,
obrazy tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby posiadać wszechmoc – zdolność do
spełniania wszystkich, nawet tych niemożliwych marzeń.